Kotula syn Kotuli

     Rzeszów ma szczęście do Kotulów. Imię Franciszka, najwspanialszego etnografa tej ziemi, upamiętnia Muzeum Etnograficzne w Rynku, nowe piękne osiedle oraz biegnąca przezeń ulica. Syn Bogusław kontynuuje dzieło ojca. Ostatnim prezentem Bogusława Kotuli dla miasta nad Wisłokiem jest książeczka Zobaczyć Rzeszów i…

     Na 100 stronniczkach zawarto blisko 30 opowiadań – gawęd o powojennym Rzeszowie – o „pniokach i krzokach”, o klimatach czasów nowej Polski, o awansie miejskich obrzeży. Najcenniejszym atutem tej pracy jest szczegół, konkret o tamtych ludziach i tamtych trudnych latach. Oraz specyficzny język – potoczysty, jędrny, iście galicyjski.

     Potwierdza to kilka wybranych i zamieszonych niżej fragmentów. Towarzyszą im fotoreporterskie zdjęcia Józef Gajdy wykonane na uroczystej prezentacji książki w Osiedlowym Klubie KARTON. Wśród licznej grupy gości Kotuli był również Tadeusz Ferenc z małżonką. Bo właśnie prezydentowi - w pierwszej kolejności - Kotula swą książkę dedykował. W dowód wdzięczności za to – jak komentowała dr Zofia Brzuchowska – iż obecny gospodarz Rzeszowa potrafił „odkurzyć to miasto i uczynić takim, o jakim wielu z nas jedynie marzyło”.  

     W czasie okupacji zwycięsko broniłem maminego cycka, a po wojnie nie zabraniano mi niczego. Uczyły mnie szkoły, a wychowywały rzeszowskie ulice. Dlatego w moje miasto inwestował będę do końca posiadane walory. Ponad siedemdziesiąt lat żyję tymi samymi domami, ulicami, odrapanymi kamieniczkami, błotnistymi zakamarkami, ale w żywych pełnokrwistych barwach. Prawie jeszcze ciągle ganiam na bosaka, w przemoczonych trzewikach czy trampkach po miejskich kawałkach Hetmańskiej, Dąbrowskiego, Langiewicza, Pańskiej, Marszałkowskiej, Zygmuntowskiej, Zamkowej, Lwowskiej i Grunwaldzkiej.

     Mój stryjek, najmłodszy brat Franciszka, krotko po wojnie pracował w milicyjnej rusznikarni. Widział te pogrzeby z leżącymi na trumiennych wiekach milicyjnymi opaskami i czapkami. „To wszystko z biedy, mój bratanku, wszystko z biedy. Dobra broń zastrzeli każdego (…). Strzelali i mordowali ONI. Ci z lasu i ci zza węgła. Granica swoiście rozumianej wolności dzieliła TYCH od TAMTYCH (…). Podziemie było na Rzeszowszczyźnie bardzo silne i zdeterminowane. Poakowscy, NSZ, WiN i jeszcze parę innych ugrupowań. Ta cała konspiracja wystrzeliła po wojnie. Jaki był tego skutek? Ta ziemia nasiąknęła krwią jak przysłowiowa gąbka.

     Tamte mogiły z lat 40, stały się obecnie bezimienne, zapomniane i niepotrzebne. Pamiątkowe tablice z wykazami zabitych wyprowadzano po cichu ze ścian i murów. Zniknęły pomniki i obeliski. Zmieniono nazwy placów, ulic i dzielnic (…). Dawne, wiejskie cmentarzyki zabudowane dzisiaj lastrykowymi bunkrami nie pamiętają, gdzie były mogiły TYCH i TAMTYCH. Wypadają nie tylko stare włosy, ale także stara pamięć… 

     Polski Ludowej uczyłem się na własną rękę. Zdejmowałem czapkę przed ludźmi, którzy wiedzieli więcej i lepiej widzieli. Raz powiedział mi stary rzeszowiak, że jak poszedł do okulisty i powiedział, że tak bacznie wyglądał dobrobytu, że stracił wzrok, lekarz mu doradził: „Niech pan wstąpi do partii, a tam odzyska pan znakomite widzenie”. Osobiście to teraz mam dobre głaza, chociaż nigdy nie byłem ani u okulisty, ani w partii.

     Czy warto jeszcze oglądać ówczesne miasto na oryginalnych, tamtych zdjęciach? Może tak, może nie. W każdym razie, na pewno porównać z dzisiedniem trzeba. Był kolor i była barwa. żyli fest rzeszowiaki i fest przywłoki! Jak się śmiano, to do widoku migdałów! Często zupełnie na trzeźwo. Wyglansowane buty też miały przeszczepki. Czy wszystkie bezimienne mogiły należy zamieniać na aleje zasłużonych?

     Jestem od dawna pełnym sierotą, ale nigdy nie byłem bez Mamy – Ojczyzny. Piszę trochę jak poeta, ale to zmyłka. Polakiem byłem, Polakiem zostanę i szlus! To co? Ze swojego życiorysu, tego krótkiego, mam jeszcze wykreślić ileś tam lat zagwarantowanych w Ludowej? Ani mi się śni.

     Podmiejska świeża krew przyniosła do powojennego Rzeszowa nie tylko inny smak kaszanki. Nie zastąpili nigdy żydowskiej części, nie robili myślowej konkurencji. Pewnie zostawali do czasu sobą, ale i czas nie dawał niekiedy rady. Władze chciały koniecznie wprowadzić antyburżuazyjną ludowość. Kultura ludowa, tańce ludowe, stroje ludowe. W końcu ludowa władza. Ciężkie życie rzeszowskiej wsi poprawiały w jakiś sposób ci zza wielkiej wody. Słynne rzeszowskie ciuchy i zielone przesiąknięte amerykańskim potem.

     Wojewódzkie miasto nad Wisłokiem i Mikośką za tańcujące bycie wzięło się na fest dopiero na początku lat sześćdziesiątych (…). Bale prasy i bale księżycowe! Wesołe, taneczne cudowności w Kolejarzu, Świcie, Domu Kultury WSK czy Miastoprojekcie. I ci niezapomniani spece od pomysłów, śmiechu, sytuacyjnych numerów: Heniu Głowacki, Lubomir Radłowski, dwa Romki – Albrzykowski i Konieczkowski, Erazm Buchelt, Staszek Kucharski i Julek Majchrowski. Swoistą klasą dla siebie byli znani rzeszowscy żurnaliści. Postawili strome towarzysko progi. Niby robotniczo – chłopskie, ale inteligencko wysokie. Jurek Sienkiewicz, Kitek Gajewski, Adaś Socha, Julek Woźniak i … To nie były grzechy do pamiętania (…). Dlaczego te rzeszowskie, markowe, wesołe budziki stanęły? (…) Nie jestem już taki stary, a naprawdę już nie wiem, dlaczego przestano huraganowo i karnawałowo balować z rzeszowskim przytupem?

     Baseny, najpierw jeden otwarty, potem drugi kryty, otoczone wieżą spadochronową, halą sportową, kortami tenisowymi i drzewami parku, znalazły się w sąsiedztwie kawiarni „Kosmos” nazywanej też „Olimpijską”, gdzie po porostu królowali Kazek Partyka i Romek Albrzykowski. Jeden przy stoliku brydżowym, drugi na podium dla orkiestry. Gdy ich wspominam, coś mokrego spływa mi po opalonej gębie. Może to łzy, a może to tylko strużka basenowej wody?

     Częste mycie skraca życie! Rano, przed robotą trochę pochlapało się gębę i czasami pod pachami. Ale, od czego były kioskowe wody kwiatowe? Biały bez, przemysławka, czy bocianowa litrówka fryzjerskiej? Może to i pachniało świeżym dziecinnym, ale zawsze pachniało! Na zawsze zniknęły tamte zapachy onego Rzeszowa, chociaż? Ale to już inna para gumiarzy.

     Ile nas jeszcze tych pnioków i krzoków pozostało? Nie wiem. Zawsze byłem nul z rachowania. Co prawda, parę utrwalonych i zatwierdzonych przez Rzeszów jeszcze zostało, ale może jako przerywnik, kawałek historycznego kolorytu miejskiego, o którym już nawet u Puchalskiego i Serwy nie kują.

     Nie uważam siebie za pisarza, gawędziarza, kronikarza czy drobnomieszczańskiego historyka. Nie zostawię żadnego kredytu, długu czy obiecanki. Chociaż czasem zdaje mi się, że stąd do wieczności to szmacinko drogi. Moje literowe lizaki, koczki, majzle czy kostki mydła, to zaledwie maleńki grosik zapłaty za to, że żyłem nad Wisłokiem. Zostanę tu do końca, by trzymać się tego mojego miasta tylko ciepłymi dłońmi. A po mnie, niech już tylko jakiś beton, lastriko, może nawet marmur. I koniecznie nieoszlifowany kawałeczek rzeszowskiego skansenu.

W GALERII FOTOSERWISU zobaczyć można ponad 40 zdjęć z imprezy w Klubie KARTON. Ich autorem jest red. Józef GAJDA.

Opublikowano dnia: 23-12-2009
Dzisiaj jest:
26
października
2014
© 2009 Serwis redagują: tekst - red. RYSZARD BEREŚ, zdjęcia - red. JÓZEF GAJDA, grafika - JERZY LISZCZ (UM), emisja - TOMASZ WESOŁOWSKI (UM).
Liczba odwiedzin: 87713